Co wiesz o swoich sąsiadach, oprócz tego, że palą papierosy na balkonie, w niedzielę tłuką kotlety, a ci z góry przelewają kwiaty?
O anonimowości w blokowiskach, samotności w kłopotach i poszukiwaniu bliskości, o chorobie i uzależnieniach… Jednym słowem o problemach, które każdego z nas spotykają, ale nie zawsze dostrzegamy je u tych za ścianą. Komuś, gdzieś dzieje się krzywda, ale nie wyrządzamy jej SAMI SOBIE… NIGDY.
Bohaterowie powieści nie mają imion. On – zapracowany prawnik po rozwodzie walczy o opiekę nad swoją córeczką. Ona – zmagająca się z chorobą serca sąsiadka zza ściany. Jest świadkiem i uczestnikiem toczącego się dramatu. Ono – córeczka prawnika, w swojej dziecięcej naiwności nie rozumie otaczającego jej świata. Nie wie, że dotyka ją zło. Pragnie tylko być kochana przez oboje rodziców.
Młodych, doświadczonych przez los bohaterów łączy wspólnota udręki.
Czy połączy ich również uczucie?
Zachęcam do lektury
powieść społeczno-obyczajowa / dramat społeczno-obyczajowy / dramat rodzinny
premiera: 22 września 2018
Wydawnictwo: LUCKY z Radomia
Redaktor: Halina Bogusz
Okładka: Ilona Gostyńska – Rymkiewicz
ISBN: 978-83-65351-66-1

W przedszkolu bawiliśmy się w dom, a potem pani powiedziała, żebyśmy narysowali swoją rodzinę.
Nie jestem pewna, czy ja mam rodzinę. Mam mamę i mam tatę. To chyba mam rodzinę. Ale rodzina mieszka razem, a ja mieszkam tylko z mamą. I z wujkiem. Ale wujek nie jest moją rodziną. I Mateusz powiedział, że rodzina to się kocha. Mówił, że jak się ludzie kochają, to są dla siebie dobrzy. Moja mama czasami jest dla mnie dobra. I wujek jest czasami dobry dla mamy. To może my czasami jesteśmy rodziną, a czasami nie? Szkoda że tatuś z nami nie mieszka, bo on zawsze jest dobry dla mnie i dla mamusi. Jakby z nami był, to zawsze byśmy byli rodziną.
Mam w telefonie zapisanych 380 kontaktów i świadomość, że kompletnie nie mam do kogo zadzwonić. Mam brata palanta i wszystkich przyjaciół za granicą – z daleka od kraju i z daleka od moich problemów. Czy zatem nadal pozostają moimi przyjaciółmi? W końcu przyjaciel to ktoś, na kogo można liczyć. Czyż mogę liczyć na przyjaciela, który znajduje się tysiące kilometrów ode mnie, i żeby się z nim zobaczyć, muszę odpalić Skype’a albo pokonać ocean? Co innego pogadać za pośrednictwem Vibera, a co innego przyjaciel w potrzebie. Jestem w potrzebie. Nie mam przyjaciela. Okazuje się, że znajomi z pracy również sprawdzali się, kiedy w piątek szliśmy do klubu albo na integracji prześcigaliśmy się w wygłupach. Na poważnie tamte znajomości realizowały się tylko na płaszczyźnie zawodowej. OK, w pracy też nie miałam przyjaciół. Miałam pracę. I nic mi z niej nie zostało.
Pani doktor miała zimną słuchawkę. To było niemiłe. W ogóle pani doktor była niemiła. Tatuś do niej zadzwonił, jak wrócił z pracy. Najpierw babcia mi zmierzyła temperaturę i się naradzali, co ze mną zrobić. No i wezwali tę doktorkę.
Na początku się uśmiechała. Podwinęła mi bluzę od piżamki i zimną słuchawkę przykładała mi do pleców i do przodów. Kiwała głową, jakby wszystko było dobrze. A później zobaczyła siniaka. Tego, co sobie nabiłam, jak wujkowi upadł pieniążek. Chciałam go podnieść i mu podać, ale wujek mnie odepchnął i powiedział, że jestem złodziejskie nasienie. Przewróciłam się na krzesło. Krzesło też się przewróciło.
A pani doktor obejrzała moje ręce, a później nogi i pomacała moją głowę. Zupełnie nie wiem dlaczego, bo przecież jak się ma katar i kaszel, to nie bada się rąk ani nóg. A później pytała o tego siniaka i kto był w domu, jak go sobie nabiłam. I wcale się do mnie nie uśmiechała. A lekarze powinni się uśmiechać do chorych dzieci, żeby je podnieść na duchu.
Potem dorośli zamknęli drzwi od mojego pokoju. Bo ten pokój u tatusia w domu też jest mój. Teraz mam dwa swoje pokoje – jeden u mamusi, drugi u tatusia. Ale wolałabym mieć jeden i żeby rodzice też byli w jednym miejscu. Wszystko mi jedno, w którym, ale żeby razem.
Jak pani doktor sobie poszła, to babcia też obejrzała moje ręce i nogi i tego siniaka na plecach. Powiedziała:
– Boże drogi, jak ona mogła do tego dopuścić. Niemożliwe, żeby nie wiedziała.
A tato powiedział:
– Zabiję łajzę, jak go tylko dorwę.
I widać było, że jest bardzo zły. Wiem, że tylko tak powiedział, ze złości. I że nie można zabijać ludzi, bo to grzech i idzie się do więzienia. I nie wolno nikomu życzyć śmierci. Ale ja bym chciała… żeby wujka nie było. Niechby żył, ale żeby go nie było. Proszę Cię, Boziu, może to niech on idzie do więzienia.
A potem tatuś wyszedł. Babcia zapytała:
– Dokąd to?
Ale nie odpowiedział, tylko przepadł. Właśnie tak powiedziała babcia:
– Przepadł. Żeby tylko czegoś głupiego nie zrobił.
Tatuś na pewno nie zrobi niczego głupiego, bo mój tatuś jest bardzo mądry. Babcia usiadła przy mnie na łóżku, głaskała mnie i mówiła same miłe rzeczy: że mnie kocha, że jestem śliczną dziewczynką i że wszystko będzie dobrze.
A kiedy myślała, że już zasnęłam, to najpierw płakała, a później poszła do kuchni i nie wiem, co tam robiła, bo zrobiło się całkiem cicho. Ale to było dobre cicho, takie, kiedy człowiek wie, że ma gdzieś blisko drugiego człowieka. Bo ja i babcia to przecież też człowiek.
Tłum zawodników trochę mnie przerażał. Było coś atawistycznego w ich oczekiwaniu na wyścig. Jakby szykowali się do wojny. Prymitywnej walki niecywilizowanych cyborgów. Wszyscy skupieni, podnieceni, zestresowani. Było tyle ludzi, że ledwie widziałem linię startu. A właściwie bramkę startową.
Wreszcie nasza grupa ruszyła. Szacując siły na ponad cztery godziny ciągłego wysiłku, nie starałem się utrzymać na początku stawki, jak niektórzy biegacze. Nie rozpychałem się łokciami. Pozwalałem, żeby mnie wyprzedzali, uważając, żeby nie skrobać pięt poprzednikom i nie potknąć się o jakąś studzienkę. Przed sobą widziałem falujące morze ludzkich sylwetek zlewających się w jeden organizm. Górowałem wzrostem nad najbliższymi osobami, więc miałem przed sobą perspektywę niemal całej ulicy. Wznoszące się i opadające w rytmie kroków ciała sprawiały wrażenie, jakby oddychała.
Początek był łatwy. Po prostu biegłem. Wokół migały mi buty, numery startowe, pulsometry, słuchawki w uszach, jaskrawe stroje, białe skarpetki. Tłok nieco się rozproszył, więc poruszałem się swobodniej. Stopniowo wpadałem we własny rytm, jednocząc w nim oddech, tętno i kroki. Raz, dwa, trzy, cztery. Raz, dwa, trzy, cztery. Raz, dwa, trzy, cztery. Raz, dwa, trzy, cztery. Trasa prowadziła przez miasto, ale nie było mi dane przyglądać się okolicy. Patrząc pod nogi i na plecy poprzednika, starałem się zachować tempo. Raz, dwa, trzy, cztery. Raz, dwa, trzy, cztery.
Zignorowałem pierwszy punkt żywnościowy. Rano zjadłem lekkie śniadanie i właśnie zaczynałem tego żałować. Czułem ciężar w żołądku i było to deprymujące. Po jakichś dwóch kolejnych kilometrach uczucie dyskomfortu minęło. Znów złapałem wiatr w żagle i nawet stopniowo zacząłem wyprzedzać pojedynczych zawodników. Na następnym punkcie odważyłem się zjeść banana. Później już tylko piłem.
Szło mi całkiem nieźle aż do dwudziestego trzeciego kilometra. Właśnie wtedy zaczął się kryzys. Początkowo po prostu poczułem wszechogarniające zmęczenie. Wszelkimi siłami usiłowałem nad nim zapanować. Tłumaczyłem sobie, że jeśli się stanęło na starcie, to trzeba się o własnych siłach dostać do mety. Nieważne, na którym miejscu, nieważne, w jakim stylu, ale trzeba przeć naprzód.
Nie miałem kogo zapytać, czy to osłabienie mi przejdzie. Wszelkie zapewnienia mojego kolegi, że biegacze dają sobie wsparcie, zawiodły. Każdy z biegnących obok zawodników był całkowicie skupiony na sobie. Odniosłem wrażenie, że gdybym padł trupem na trasie, po prostu przeskoczyliby nade mną lub ominęli jak każdą inną przeszkodę. Walczyłem o każdy oddech. Udało mi się nad nim zapanować po kolejnych kilkuset metrach.
Jednak najgorsze były skurcze. Ból zasłaniał mi oczy, ale nie dawałem za wygraną. Wbijałem sobie paznokcie w dłonie, jakby miało mi to pomóc. W następnym punkcie złapałem butelkę wody. Nie pomogło zwilżenie ust ani polanie głowy. Był moment, że chciałem zrezygnować. Przywoływałem wszystkie siły, żeby wykonać jeszcze choćby kilka kroków. Szukałem sposobu, co zrobić, żeby się nie poddać.
W najbardziej krytycznym momencie, kiedy już byłem prawie zdecydowany zejść z trasy, mignął mi wśród kibiców rower. Różowy. Znajdowałem się gdzieś w okolicach trzydziestego kilometra. Nie miałem sił. Nie miałem motywacji, a nawet chęci do życia. Nie wiem, czy zadziałała wyobraźnia, czy miałem zwidy z wyczerpania, ale od tego miejsca prowadził mnie do samej mety różowy rowerek mojej córki, który w czasie tylu innych biegów, w innych miejscach, na innych drogach cały czas widziałem przed sobą.
Biegłem w ślad za tym różowym rowerkiem, wyznaczającym mój cel, mój kierunek. Jak igła kompasu. Różowy rowerek. Podążać za rowerkiem. Raz, dwa, trzy, cztery. Raz, dwa, trzy, cztery. Raz, dwa, trzy, cztery. Zafiksowałem się na tym rytmie i sam nie wiem jak i kiedy dobrnąłem wreszcie do mety. Nie widziałem, nie słyszałem, nie czułem nic. Nic, poza szczęściem.
Ktoś okrył mnie kocem izotermicznym, ktoś inny zawiesił mi pamiątkowy medal na szyi. Jakiś wolontariusz czekał, żebym oddał mu czip. Za mną wbiegali następni zawodnicy, którym trzeba było zwolnić miejsce. Skierowano mnie w „lejek” ustawiony z zapór. Słaniając się na nogach i trzymając barierek, przemieszczałem się w kierunku szatni.
Na otwartej przestrzeni oparłem dłonie na kolanach i odczekałem, aż oddech i tętno wrócą do jakiej takiej normy. Dopiero po dłuższej chwili wyprostowałem się i rozejrzałem półprzytomnie. Gdzieś w okolicach namiotów mignęła mi kwiecista sukienka mojej sąsiadki. Poczułem się jak Cezar wracający do domu po zwycięskiej bitwie. Zrobiłem to. Zwyciężyłem.
Jasne, że nie wygrałem tego maratonu. Nie z czasem cztery godziny czterdzieści dwie sekundy. Ale wygrałem z dystansem i sam ze sobą. I żyję. I teraz już mogę wszystko.
Copyright © Anna M. Brengos | Polityka prywatności
Projekt i wykonanie: PSM