– Chyba nie myśli pani, że ja jestem zdolny do morderstwa? Potrójnego… A nawet poczwórnego. Ja nawet karpia na Wigilię nie mogę uśmiercić, a co dopiero człowieka! A trzech?… Czterech.
– Jak to czterech? Przecież ich była tutaj tylko trójka. Dołączył ktoś do nich? – wtrącił się Grześ.
– Ten czwarty jest nie od kompletu – niezrozumiale wyjaśnił Rudecki. Wszyscy wlepili w niego wzrok, czekając, aż rozwinie temat. – No tak. Tamci to ci, co wiecie. A ten dodatkowy to nie wiadomo.
– W ogóle nic nie wiadomo – Bronia nie mogła zrozumieć wywodu. – Ten, tamten, ci, owi, oni i nie oni. To w końcu skąd tyle trupów? I jak się rozmnożyli?
– No to jeszcze raz – mężczyzna aż westchnął. – Ci trzej, których najsampierw znaleźli, to ci wasi goście, co przyjechali szukać duchów. I to wiadomo na pewno, bo już ich zidentyfikowano. A jak policja tam przekopała… bo szukali dowodów i piasek niemal z całej żwirowni przez sitko przesiewali, to w drugim końcu znaleźli tego czwartego. Ale on nie od tych waszych.
– Skąd wiadomo, że nie był z nimi? – Mela włączyła się do rozmowy.
– Bo to jakiś stary trup – wyjaśnił Rudecki.
– Ci nasi też nie byli młodzi – zauważyła Bronia.
– Nie w tym rzecz – sprostował budowlaniec. – On tam już wcześniej leżał. Był „w innym stanie rozkładu” – zacytował zasłyszane na policji określenie…