Łajdak w garniturze

Powieść obyczajowa z dużą dozą kryminałku i jeszcze większą humoru.
Melania liczy na odzyskanie spokoju i bezpieczeństwa w Cichej Przystani… Ups!

Melania porzuca przemocowego męża i szuka na schronienia w niewielkim miasteczku. W poszukiwaniu pracy i dachu nad głową trafia do lokalnej restauracyjki Cicha Przystań. Otaczają ją życzliwi ludzie, dzięki którym ma nadzieję odzyskać spokój. I pewnie by tak było, gdyby nie duchy, ginący ludzie, porwania, strzelaniny i mnóstwo tajemnic.

Łajdak w garniturze

komedia obyczajowa z wątkiem kryminalnym / książka na relaks

premiera 11 marca 2025 rok
Wydawnictwo LUCKY z Radomia
Redaktor – Halina Bogusz
Okładka – Ilona Gostyńska – Rymkiewicz
ISBN 978-83-68261-46-2

Cytaty

Jesteś inteligentna kobietą. Chyba zdajesz sobie sprawę, że z ich punktu widzenia nie masz prawa chodzić po świecie?
Mogę wyjść z Grajdoła, ale Grajdół nie wyjdzie ze mnie.
W miłości i na wojnie nie takie poległy.

Fragmenty

O sztyletach, które powstrzymują agresora

– Trochę to potrwało… Początkowo wyżywał się na przedmiotach. Martwa natura nie wnosiła sprzeciwów, chociaż sporo poniszczył. W tym telewizor… Mówiąc szczerze, z tego akurat to się ucieszyłam, bo nasze życie małżeńskie polegało ostatnio głównie na gapieniu się w ekran przez Tymona, kiedy ja zabijałam czas, skrolując internet.

– Ale to mu nie wystarczyło? W końcu zabrał się do bicia żony? – Kacper nigdy nie lubił szwagra i był przekonany, że właśnie tego należało się po nim spodziewać. Mówiąc szczerze, dziwił się, że tak długo potrafił ukrywać swoją prawdziwą twarz.

– Zabrał się. Ale się nie dobrał – uściśliła Melania. – Kiedy któregoś wieczoru zamachnął się na mnie, udało mi się go powstrzymać samym tylko spojrzeniem.

– Znam je – roześmiał się Kacper. – Nawet ojca potrafiłaś zahipnotyzować. Te dwa sztylety w oczach.

– Powiedziałam mu wtedy – kontynuowała Mela – żeby zapamiętał sobie do końca życia, że mnie można uderzyć tylko raz. Ręka mu zawisła w powietrzu, ale się powstrzymał. Nie wyżył się na mnie, to wiecie, co zrobił? – zawiesiła głos, a że pytanie było z gatunku retorycznych, sama odpowiedziała: – Rzucił talerzem z ciasteczkami o podłogę. Wtedy nie wytrzymałam. Poszłam do kuchni, otworzyłam szafkę i wytłukłam cały zestaw obiadowy… Nie martwcie się, porcelana ze złotym rantem z Ćmielowa, którą od was dostałam, ocalała. Zniszczyłam te, które już dawno powinnam wyautować. Efekt był taki, że trochę się mojego wybuchu przestraszył i przez jakiś czas zachowywał się jak człowiek. No i od tej pory jedliśmy przy elegancko nakrytym stole.

– Jeśli wszystko dobrze się skończyło, to co tu robisz? – spytał Kacper.

– A kto powiedział, że to był koniec? Akcja dopiero się rozwijała…

Nie mogą się doliczyć zwłok

– Chyba nie myśli pani, że ja jestem zdolny do morderstwa? Potrójnego… A nawet poczwórnego. Ja nawet karpia na Wigilię nie mogę uśmiercić, a co dopiero człowieka! A trzech?… Czterech.
– Jak to czterech? Przecież ich była tutaj tylko trójka. Dołączył ktoś do nich? – wtrącił się Grześ.
– Ten czwarty jest nie od kompletu – niezrozumiale wyjaśnił Rudecki. Wszyscy wlepili w niego wzrok, czekając, aż rozwinie temat. – No tak. Tamci to ci, co wiecie. A ten dodatkowy to nie wiadomo.
– W ogóle nic nie wiadomo – Bronia nie mogła zrozumieć wywodu. – Ten, tamten, ci, owi, oni i nie oni. To w końcu skąd tyle trupów? I jak się rozmnożyli?
– No to jeszcze raz – mężczyzna aż westchnął. – Ci trzej, których najsampierw znaleźli, to ci wasi goście, co przyjechali szukać duchów. I to wiadomo na pewno, bo już ich zidentyfikowano. A jak policja tam przekopała… bo szukali dowodów i piasek niemal z całej żwirowni przez sitko przesiewali, to w drugim końcu znaleźli tego czwartego. Ale on nie od tych waszych.
– Skąd wiadomo, że nie był z nimi? – Mela włączyła się do rozmowy.
– Bo to jakiś stary trup – wyjaśnił Rudecki.
– Ci nasi też nie byli młodzi – zauważyła Bronia.
– Nie w tym rzecz – sprostował budowlaniec. – On tam już wcześniej leżał. Był „w innym stanie rozkładu” – zacytował zasłyszane na policji określenie…

Tygrysica chce rozmawiać z szefem

Z kierownikiem chciałam rozmawiać – zwróciła się ta „tygrysia” do Grzegorza.
– Tu nie ma kierownika – wtrąciła się niepytana Bronia.
– A gdzie jest?
– Tu w ogóle nie ma kierownika – wyjaśniła.
– A dyrektor?
– Też nie ma.
– A kto jest?
– Ja jestem, ten pan jest – wskazała na Grześka – i ta pani – to o Melanii.
– To z kim mogę rozmawiać?
– A z kim pani sobie winszuje?
– No… z jakimś szefem.
– No to nie ma.
– Aha – westchnęła zrezygnowana „Tygrysica”.
– To może ktoś z państwa będzie wiedział…
– Zależy co – Bronia, jak zwykle z dłońmi na biodrach, przejęła przywództwo.
– Bo tu był kiedyś mój mąż…
– Mój też tu kiedyś był, ale zmarło mu się onegdaj.
– Ciociu!!! – próbował zaprotestować Grzesiek, pomny, że prawdopodobnie mają do czynienia z żoną jednego z zaginionych i uwaga o śmierci męża jest niestosowna.
– No co? – żachnęła się kucharka. – Niech jasno pyta…